fot. Ania Tom­czyń­ska

Od lat cho­dzisz i nucisz te same pio­sen­ki, cią­gle te same, te któ­re znasz z dzie­ciń­stwa, te któ­re się Cie­bie ucze­pi­ły albo Ty się ich ucze­pi­łeś. Pio­sen­ki Two­jej mamy, Two­jej bab­ci czy Two­je?

Chce­my zaśpie­wać je gło­śno, łamiąc towa­rzy­szą­cy temu wstyd. Bo są to pio­sen­ki o miło­ści, gdzie miłość to tara­pa­ty, nie­szczę­ście, powyw­ra­ca­ne sto­ły, roz­dar­te drze­wa, zakrę­ty, gołę­bi puch, cięż­ki jak ołów. To są pio­sen­ki o papie­ro­wym księ­ży­cu, któ­ry spa­da z nie­ba, a potem nagle ściem­nia się i w tej ciem­no­ści, w wąskim przej­ściu moż­na kogoś spo­tkać i się na nim uwie­sić i poko­chać, a zaraz potem cier­pieć, gdy odcho­dzi i tęsk­nić gdy nie odbie­ra tele­fo­nu, a gdy się ode­zwie, to już go nie chcieć. Poja­wią się ever­gre­eny w nowych aran­ża­cjach prze­pla­ta­ne tek­sta­mi z lite­ra­tu­ry, mediów spo­łecz­no­ścio­wych i apli­ka­cji rand­ko­wych.

Na oczach widzów uru­cho­mi­my, zapro­gra­mu­je­my, zde­for­mu­je­my, prze­kształ­ci­my dobrze zna­ne, wbi­te do głów brzmie­nia hitów sprzed lat.

Na jed­ną noc stwo­rzy­my papie­ro­wy księ­życ, któ­ry o świ­cie będzie trze­ba spa­lić i by następ­nie poje­chać tak­sów­ką po parę bzdur i sza­leństw, a potem ucie­kać sko­ro świt i zama­rzyć o Yoko­ha­mie…